14 maj 2016

Miniaturka I. ,,Co było, a nie jest..."

 +18
,,Trzeba coś stracić by coś docenić, żeby odzyskać trzeba się zmienić..." 
                                                                                                        
         Ostrzegam, iż sceny w tej miniaturce są drastyczne i nie odpowiadam za zużyte chusteczki lub zrytą psychikę.
        W tej miniaturce odpowiemy sobie na pytanie: Czym jest miłość?
                                                                                        
                

  

CO BYŁO, A NIE JEST ...



    Kobieta siedziała w salonie. Czekała na męża. Zaczynała się z lekka niepokoić. Była prawie dwudziesta druga, a jego wciąż nie było. Przecież już dawno skończył pracę.


   Rozmyślania przerwał jej skrzat. Niósł ognistą whisky dla swojej pani. Kobieta podziękowała mu, następnie poprosiła aby usiadł obok niej, bowiem nie gardziła ona skrzatami. Była zdania, że są bardzo pomocne i zasługują na szacunek. Poklepała miejsce obok siebie. Kiedy skrzat usiadł podała mu miskę z ciastkami. Ten był dziś wyjątkowo niespokojny. Cały się trząsł. Wziął jedno ciasteczko, powoli zaczął je chrupać. Kobieta westchnęła.

    -Jak myślisz Oczku-zaczęła łagodnie rozmowę-gdzież to podziewa się mój mąż?

    Teraz skrzat westchnął. Bardzo kochał swoją panią, doceniał to, że go szanowała. Pamiętał jak to było ze skrzatami, kiedy on, pan mieszkał sam. Ciągle karał biedne skrzaty i to dotkliwie, zwykle tak, żeby miały blizny. Gardził nimi. Nie mogły patrzeć na gości, plątać się pod nogami, miały być na każdą jego zachciankę. Czasem nie spały po nocach. Bały się go. Pani Narcyza była inna, troszczyła się o nich. Czasem w ogóle nie wołała ich do pomocy. Bywało, że sama robiła obiady, czy kolację. Sama sprzątała, wlewała sobie pić, zdarzało się, że nawet skrzatom wlewała napoju. Rozmawiała z nimi, pozwalała siadać obok siebie, patrzeć sobie w oczy. Ona się o nich troszczyła. Każdy skrzat, bez wyjątku ją ubóstwiał. Oczek miał ogromny sekret, długo się zastanawiał, czy powiedzieć kobiecie, o tym co wie na temat jej męża, czy może lepiej nie. Wiedział, że jeśli ona się dowie może odejść. Jednak to byłby czysty egoizm. Oczek postanowił powiedzieć Cyzi prawdę, ona musiała wiedzieć.

   -To pewnie kolejno zebranie śmierciożerców-szeptała-mój biedny Lucjusz...

   -Pani -zaczął niepewnie- Oczek wie coś... ważnego, co powinna wiedzieć i pani. Otóż pan Lucjusz emm... bo on, widzi pani...

   -Mów śmiało.

   Jej kojący głos dodał mu sił.

    -On panią zdradza. Oczek to wiedział od dłuższego czasu, ale bał się powiedzieć, nie chciał też pani zranić, ale musiał powiedzieć, pani musi wiedzieć z kim żyje.

   -Długo to trwa?

   -Z dwa, może trzy miesiące. Pani się nie dziwi?

   -Byłam na to przygotowana, już od dłuższego czasu go o to podejrzewałam. Pożałuje tego gnida parszywa.

    Ostatnie słowa wysyczała, włożyła w nie dużo jadu. Udała się do swojej sypialni, ich sypialni, nie już nie ich, nie ma ich.

    Opadła ciężko na łóżko. Jednym machnięciem różdżki zamknęła drzwi, rzuciła na nie zaklęcie wyciszające. Dopiero wtedy zaniosła się szlochem.

    To ją naprawdę bolała. Kiedyś tak się kochali. Co prawda ona wciąż go kochała. Całym sercem, bez opamiętania. Wybaczała mu wszystko, nawet wieczne tortury Czarnego Pana. Znosiła to dla niego. Tyle bólu, tyle cierpienia, tyle oddania, niestety tylko z jednej strony. Wbił jej szpilę prosto w serce. Zastanawiał się czy nie odejść. Pomyślała o synu. Był na piątym roku nauki w Hogwarcie. Nie mogła mu tego zrobić. Cierpiałby. Szanował swoich rodziców, podziwiał. Narcyza nie chciała aby cierpiał.

    Nawet nie wiedziała kiedy zasnęła. Śniła o Lucjuszu, o tym uroczym chłopaku z dawnych lat, o tym który ją kochał bezgranicznie i do szaleństwa.

    Wraz ze słońcem wstała i ona. Miała silne postanowienie. Przepyta Oczka, zbierze dowody. Załatwi gnidę. Będzie cierpiał, zapłaci jej za wszystko. Nikt nie będzie poniżał Blacków.

   Przebrała się dla odmiany w wyzywającą suknię. Była czerwona, mocno opinała talię i biust Narcyzy. Była idealna. W niej czuła się pewnie. Powoli bez pośpiechu schodziła po schodach. Uniosła wysoko głowę. Wkroczyła do kuchni, od razu dostrzegł skrzata. Ich spojrzenia się spotkały, on chyba wiedział co się szykuje, bo pokiwał z uznaniem głową i ruszył do swojej pani żwawym krokiem. Oboje usiedli w salonie, tak jak wczoraj.

    -Czy mógłbyś opowiedzieć mi wszystko co wiesz?

    Już w sypialni postanowiła, że nie będzie żadnego owijania w bawełnę. Szkoda, że jej uroczy mąż nie raczył jeszcze wrócić, ale ona by mu teraz zrobiła awanturę.

    Po godzinie kobieta widziała jak przez mgłę. Postanowiła nie okazywać najmniejszych emocji, chciała być obojętna. Nadal z uniesioną głową szykowała się do wyjścia. Dowiedziała się, że Lucjusz spotykał się z jakąś Lissą Cor-coś tam. Zabierał ją często do jej ulubionej restauracji. Mógłby chociaż spotykać się z nią w jakimś innym miejscu, nic nie znaczącym dla Narcyzy, ale nie. ,,Będziesz za to cierpiał." Pamiętała kiedy pierwszy raz ją tam zabrał, kelner on razu polubił kobietę, dobrze im się rozmawiało. Na pewno raczy opowiedzieć jej trochę o jej mężu.

     Nie myliła się. Ernie zdradził wszystko. Dosłownie.




 


   Lucjusz obudził się obok jakiejś kobiety. Leżał całkiem nago, jego towarzyszka też. Uśmiechnął się na wspomnienie poprzedniego wieczoru. To był wspaniały dzień. Wyłudził podwyżkę i to nie małą, potem zjadł kolację w swojej ulubionej restauracji z Lissą, a następnie ,,ulżył sobie". Teraz miał ochotę na więcej. Czekał jednak na ważny lis, który miał być dostarczony do jego domu. Musiał, więc czy chciał, czy nie chciał wrócić.

    Powoli, bez pośpiechu wstał. Rozejrzał się po małym pokoju, szukał wzrokiem swoich ubrań, jak na razie odnalazł jedną skarpetkę i koszulę. Słabo. Okrążył łóżko, był pewien, że po prawej stronie będą jego bokserki oraz spodnie. Nie mylił się. Nagle za poczuł na karku czyjąś dłoń.

   -Lucjuszu-szeptała, zaspana kobieta-połóż się koło mnie. Wiem, że chcesz.

   -Muszę iść, to ważne.

   Schylił się po swoje rzeczy, jednak kobieta nie odpuszczała. Gładziła czule jego plecy, uśmiechając się przy tym. Osiągnęła swój cel. Mężczyzna odwrócił się w jej kierunku, ta pisnęła z zachwytu.

   Malfoy odrzucił kołdrę na bok.

   -To nie będzie potrzebne.

   -Och, tak.

    Kiedyś powoli by się przysuwał, teraz rzucił się na rozpaloną towarzyszkę. Z Lissą wszystko wyglądało inaczej. Mógł robić co chciał, bez obawy, że zrobi coś nie tak. Miał władzę, czyli to co lubił najbardziej.

    Pociągnął kobietę za włosy, ta jęknęła ze szczęścia. Otoczyła plecy blondyna rękoma. Zaatakowała jego usta. Jej język odnalazł jego. Lucjusz wszedł w nią gwałtownie.

   Narcyza wyszła z restauracji. Po jej policzkach popłynęły łzy bólu. Teraz mogła płakać, nie przeszkadzało jej to, że ktoś może ją zauważyć. Dawniej przejęłaby się czymś takim, nigdy nie okazywała prawdziwych emocji na ulicy. Teraz było kobiecie wszystko jedno. Skręciła gwałtownie w lewo.

    Walnęła głową w coś twardego, siła uderzenia odepchnęła ją na bok. Upadła na chodnik. Przeklęła cicho. Z dłoni leciała jej krew, na szczęście miała różdżkę. Zanim zdążyła ją wyjąć jakaś dłoń odnalazła jej rękę. Ktoś pomógł wstać blondynce. Malfoyówna pojrzała w górę. Mimowolnie uśmiechnęła się na widok Augustusa.

    Niedawno wyszedł, to znaczy uciekł z Azkabanu. Tak Rockwood był śmiercożercą, nie z wyboru. Narcyza darzyła go wielkim szacunkiem. Najlepszy kolega jej męża nie wyglądał za dobrze.

   Nosił stary obdarty płaszcz. Niegdyś staranne włosy, były w nieładzie, sterczały na wszystkie strony. Nie uszło uwadze kobiety, że dawniej kruczoczarne włosy, mają teraz siwe pasma. Oczy miał mocno przekrwione, jakby nie spał od kilku dni, pod nimi widniały wory. Teraz przywołał na usta uśmiech. Ten nie zmienił się przez te lata, był tak samo czarujący co kiedyś, mimo niepowodzeń Augustus potrafił szczarze się z czegoś cieszyć.

    -Miło cię widzieć Cyziu-po głosie można wnioskować, że kilka ostatnich dni mu nie sprzyjało- płakałaś?

   Stary dobry Rockwood, za jakim Narcyza tęskniła. Dawno nie słyszała życzliwości w głosie czarodzieja.

    -Nie chcę o tym mówić, poza tym ty też nie najlepiej wyglądasz.

   -Życie, moja droga. Pójdziemy na kawę. Nie przepraszam zapomniałem, że nie lubisz kawy, ale mam tylko to.

   -Nic nie szkodzi, prowadź.

     Nienawidziła kawy, ale tak dawno z nikim nie rozmawiała, oprócz kelnera, że nie zaważała na to co będzie musiała pić. Czuła, że wreszcie będzie mogła się komuś zwierzyć.

    -Bym zapomniał, daj rękę.

   Kobieta posłusznie spełniła polecenie. Mężczyzna wyjął swoją, długą ciemną różdżkę. Uleczył dłoń kobiety, po czym chwycił ją. Podążali razem.

    Skręcili w ciemną uliczkę. Była naprawdę brudna. Cuchnęło nie wiadomo czym. Śmieci walały się wszędzie. Pod nogami kobiety przebiegł szczur, bądź mysz. Ona zamiast uciec zacisnęła palce na dłoni Rockwooda i szła dalej.

    Zauważyła na końcu ulicy mały domek. Cóż w przeszłości Augustus miał ogromny dom, wielką willę, ale skazano go na dożywocie, nie miał dzieci, ani rodziny, więc wszystko zabrało ministerstwo. Spodziewała się tego, że jej kolega będzie miał teraz małą, brzydką kryjówkę, jako dom. Miała to gdzieś. Kiedy otworzył przed nią drzwi, ona weszła dumna. Sama zdjęła płaszcz i spytała się uprzejmie czy buty też ma ściągnąć.

    Dostała kubek gorącej kawy. Była paskudna, ale to nic. Kobieta cieszyła się każdą chwilą. Zauważyła ulotkę z klubu erotycznego, nagie kobiety wyginały się w różnych nietypowych pozach, nie zamierzała karcić za to przyjaciela.

   Podczas konwersacji dowiedziała się, że Lucjusz ma brać udział w jakiejś misji. To była dla niej nowość, bo oczywiście jej mąż nie wspomniał o tym choćby słowem. Przyzwyczaiła się do tego, że o takich rzeczach dowiaduję się ostatnia, udała, że o wszystkim wiedziała. Sprytnie podpytywała o szczegóły owej misji.

    Wiedziała już całkiem sporo. Śmierciożercy mieli czekać w Departamencie Tajemnic na uczniów Howgartu. Chodził o jakąś przepowiednie, Narcyza nie wiedziała czyją, ale miała złe przeczucia. Jej mąż miał namówić osobę, która wcześniej weźmie swoją przepowiednię, aby ta oddała ją jemu. Potem mieli zabić czarodziejów i wrócić z przepowiednia do Czarnego Pana.

    Zbliżała się godzina dwudziesta druga. Korespondencja, której spodziewał się Malfoy jeszcze nie doszła, co go rozzłościło. Chciał się wyżyć, ale nie miał jak. Skrzaty udawały zajęte, same znajdywały sobie zajęcia, niby bardzo ważne. Lucjusz nie mógł nawet się spić. Bowiem miał go odwiedzić znajomy z ministerstwa, ale w ostatniej chwili rozmyślił się. Jak blondyn się o tym dowiedział, to ode chciało mu się już pić. Nawet Narcyzy nie było. To spowodowało, że mężczyzna czekał przy kominku już od dwóch godzin. On mógł się spóźniać, ale ona zdecydowanie nie.

    Z nudów Lucjusz przypomniał sobie chwile szczytu z Lissą. Szczerzył się głupio, choć wiedziała, że to niemądrze. Rozłożył nogi, z powodu twardniejącego członka, który nieco uwierał. Tylko tego mu brakowało. Chciał napisać do swojej kochanki, jednak w ostatniej chwili dotarło do niego, że ona przecież ma nocne zmiany co drugi dzień.

    Zwykle miał jedną kochankę na miesiąc, przynajmniej stosował taka metodę od roku. Z Lissą było inaczej, zaspokajała wszystkie jego potrzeby. Nie brakowało jej wyobraźni seksualnej, co podobało się arystokracie. Mimo to nie zaproponował jej, że będzie ja utrzymywał. ,, Może w przyszłym miesiącu."

    Zaklną pod nosem. ,,Kiedy jest potrzebna to jej nie ma." Zastanawiał się gdzie może być jego żona, zaczynał się niepokoić. Kiedy tak rozmyślał poczuł się nagle poniżony i zły. Przeczesał nerwowo swoje długie włosy. Spojrzał na zegarek była równo dwudziesta druga. Czuł, że Narcyza kpi sobie z niego.

   Usłyszał kroki w korytarzu. Na ten dźwięk wstał gwałtownie. Odrzucił włosy do tyłu.

    Do salonu weszła Narcyza Malfoy. Miała na sobie przepiękną sukienkę, Lucjusz dawno jej w niej nie widział. Włosy układały się walami na jej ramionach. Zdezorientowana ruszyła w kierunku schodów.

    Na drodze stanął jej Lucjusz. Dyszał ciężko. Kobieta otwierała usta aby zaprotestować, jednak nie zdążyła wydusić słowa. Malfoy rzucił się na nią. Przyszpilił ją do ściany. Ręce przytrzymał jej swoimi. Po krótkiej chwili uniósł prawą dłoń i zacisnął na szyi blondynki. Patrzył na nią morderczym wzrokiem.

    -Gdzieś ty była?!

    Kobieta miała dopowiedzieć, że u Rockwooda, ale jak by do zimpretował.

    -W raju.

   Zdenerwowała arystokratę jeszcze bardziej.

    -Od kiedy to raj pachnie męskimi perfumami?

    Westchnęła.

   -Pytam się: gdzieś ty była?! Mów do cholery!

   Zacisnął mocniej palce na gardle kobiety. Ledwo co wydobyła głos.

   -A gdzie ty byłeś, wczoraj wieczorem?

    Chciała podnieść wzrok na Lucjusza. Zanim zdążyła to zrobić została mocno spoliczkowana. Z trudem powstrzymała łzy, nabiegające do oczu. Policzek piekł ją żywym ogniem. Tego się po swoim mężu nie spodziewała.

   -Jak śmiesz?! To ja w tym domu żądzę, zadałem ci pytanie, więc odpowiadaj!

    Zacisnęła usta. Samotna łezka popłynęła po twarzy blondynki. Stłumiła szloch. Mężczyzna złapał kołnierz marynarki Narcyzy. Ruszył przed siebie, ciągnąc za sobą swoją żonę. Szli tak po schodach, nie było to łatwe dla kobiety, kilak razy potknęła się, Lucjusz albo tego nie zauważył, albo to ignorował, bo ciągnął kobietę dalej. Doszli tak do sypialni, tam Malfoy pchnął Narcyzę na podłogę i zamknął drzwi zaklęciem.

    Rozpiął kilka guzików koszuli, poluźnił krawat. Włosy związał w kucyk. Podszedł to zrozpaczonej blondynki.

    Ta patrzyła w dywan jakby był na nim wyryty jej los. Nie podnosiła wzroku. Poczuła szarpnięcie za ramię. Wiedziała, że arystokrata chce aby ona wstała. Jednak mimo to wciąż siedziała. Dostała kolejny raz w policzek. Tym razem nie opierała się o ścianę, więc przewróciła się na podłogę i skrawek dywanu.

   -Wstawaj dziwko!

    Kopnął Narcyzę w brzuch, ta skuliła się z bólu. Nie kryła łez, dała im upust. Jęczała głośno, ale nie prosiła aby przestał, uznała, że nie poniży się przed nim.

    Sprawnym ruchem podniósł kobietę. Wlaną ją pięścią w twarz, nawet nie spojrzał gdzie konkretnie. Blondynka jęknęła, Lucjusz znów ja uderzył i znów, i znów. Powtórzył tę czynność z pięć razy, po czym popchnął swoją żonę na ścianę. Na skrzywiła się z bólu. Nie widziała dobrze przez łzy zmieszane z jej własna krwią. Dostała pięścią w okolice szyi, a potem w twarz, następnie zsunęła się na podłogę. Przerażona złapała nogę Malfoya. Trzymała ją mocno, jak ostatnia deskę ratunku. Pojękiwała.

    Lucjusz spojrzał na kobietę. Trzęsła się i jęczała, coraz ciszej. Ściskała mocno jego nogę. Wyszarpał ją z uścisku Narcyzy i wyszedł.

    Zamknął się z swoim gabinecie. Chwycił ognistą whisky. Pił z gwintu. Rozpiął koszulę, po czym usiadł.

   -Zgredek!

    Młody skrzat pojawił się przed arystokratą.

   -Tak panie.

   -Przygotuj mi kąpiel i przynieś jakiś deser.

   -Tak panie, na którą życzy, pan sobie kąpiel.

   -Gdzieś tak za godzinę.

   -Dobrze panie.

   Kiedy skrzat znikł Lucjusz westchnął. Położył nogi na stole i czekał.

   Oczek gładził plecy Narcyzy. Kobieta powoli dochodziła do siebie. Spróbowała posoli się podnieść, niestety miała złamany nadgarstek lewej ręki. Z pomocą swojego ulubionego skrzata podniosła się. Otarła rękawem garnituru twarz z łez i krwi. Podziękowała, a następnie poszła do toalety.

   Rozebrała się i wskoczyła pod zimny prysznic, z ulgą ochładzała rozpalone ciało. Zmyła z siebie swoją krew. Wytarła się miękkim ręcznikiem. Chwyciła różdżkę, zabrała się za zmykanie ran i usuwanie siniaków.

   Zajęło to jej około godzinę, kiedy skończyła ruszyła skonana do sypialni. Wybrała najodleglejszą, byleby z dala od niego. Kiedy położyła się na wygodnym łóżku, zamknęła oczy i oddała się w objęcia Morfeusza. Śniła o przeszłości, o samych pięknych chwilach spędzonych z Malfoyem.

    Obudziła się, ponieważ coś uniemożliwiało dostęp tlenu do jej płuc. Otworzyła oczu i mało co nie krzyknęła. Jej mąż leżał na niej, czuć było od niego alkohol, miał na sobie tylko bokserki. Kiedyś ważył o wiele mniej i na pewno by tego nie zrobił, bowiem Narcyza nie należy do ludzi mocno zbudowanych. Jednak leżał na niej. Kiedy ona się dusiła on smacznie chrapał.

   Kobieta zastanawiała się czy nie zacisnąć palców na jego szyi, powolutku przyłożyła dłonie do gardła męża, na jej nieszczęście właśnie w tym momencie on otworzył oczy. Spojrzał na nią zdziwiony. Skrzywił się, a potem wstał i wyszedł jakby nigdy nic.

   Kobieta założyła czarną suknię, która zakrywała prawie wszystko. Umyła zęby, rozczesała włosy i bez makijażu zeszła na dół, prosto do jadalni. Specjalnie się nie pomalowała chciała aby Lucjusz zauważył blizny na jej policzkach.

    Malfoy siedział na przeciwko swojej żony. Kątem oka obserwował ją. Nie uszło jego uwadze, że ma blizny na policzkach, domyślił się też dlaczego założyła taką sukienkę. Chciał widocznie zasłonić inne ślady jego gniewu. Sięgną po filiżankę z kawą. Sączył ją powoli, starał się nie myśleć o tym co zrobił. Wiedział jednak, że tym razem przesadził, potem przypomniał sobie powód kłótni, jeśli można było to tak nazwać. Zapomniał o współczuciu, postanowił dokończyć swoje przesłuchanie, jak tylko skończy śniadanie.

  Nałożył na tosta dżem truskawkowy, do pomieszczenia wszedł skarzat. Położył pocztę na stole, obok mężczyzny. Nawet jeśli Narcyza coś dostała musiało to trafić najpierw do jej męża. Taka codzienna rutyna.

   Po skończonym toście podniósł list, który go zaciekawił, czekał na niego już od dawna.

   Narcyza wiedziała, że jej mąż zerkał na nieinteresujące go listy z pracy, ale zajmował się nimi dopiero później, natomiast korespondencje od kochanek czytał od razu. Skrzywiła się kiedy podniósł list. W głowie zaświtała jej pewna myśl, przecież jeśli skończy czytać może chcieć się z nią rozprawić, dlatego postanowiła nawiać.

   Odsunęła bezgłośnie krzesło, zerknęła na Lucjusz, kiedy miała pewność, że ten wciąż czyta pobiegła do kominka. Chwyciła proszek fiuu, wypowiedziała pierwszy adres jaki przyszedł jej do głowy.

   Malfoy był z siebie bardzo zadowolony, razem z towarzyszami z pracy wymyślili coś niezwyczajnego. Naciągnęli ministra na sporą sumę, przedłużali sobie urlopy i zafałszowali kilka papierów, które świadczyły przeciwko nim. Tak na przykład Lucjusz podczas pracy przebywał w Irlandii i korzystał do woli z przywilejów ministra, bowiem podał się do niego. Długa historia, cały Lucjusz.

   Przywołał skrzata i kazał mu odłożyć dokumenty do reszty ,,dowodów" dopiero kiedy ten wyszedł zorientował się, że jest sam. Żona musiała się schować, jednak on nie miał zamiaru darować jej wczorajszego dnia.

   Blondynka krążyła po Pokątnej. Sama nie widziała dlaczego akurat tam się udała. Usiadła na ławce przy księgarni Esy i floresy. Założyła nogę na nogę. Ułożyła w głowie plan. Doszła do wniosku, że jej małżeństwa praktycznie już nie ma, istnieje tylko papierek, który mówi o nich jako o parze. Rzeczywistość miała się inaczej, kobieta o tym dobrze widziała.

    Popłakała się, wiedziała, że to nie ma sensu. Mimo to postanowiła poczekać do wieczora, wtedy Lucjusz zapomni, a ona wróci do domu i go przeprosi, wyjaśni wszystko. Porozmawiają o rozwodzie lub o jakiejś zmianie w ich życiu, Narcyza postanowiła, że przede wszystkim weźmie pod uwagę syna, nie chciała aby cierpiał. Bardzo go kochała, to właśnie dla niego była wciąż z Lucjuszem, gdyby nie to, iż Draco kochał ojca i szanował go Narcyza już dawno by się rozwiodła.

    Weszła do księgarni, dobre książki zajmą jej czas.

   Arystokrata skończył niedawno czytać książkę, teraz siedział i strasznie się nudził. Nie miał do kogo się odezwać, jeśli nie liczyć skrzatów, ale one dla Malfoya znaczyły tyle co nic. Usłyszał trzask.

   Zadowolony ruszył do kominka, cieszył się, że jego zona zmądrzała i postanowiła przyjść, ale to nie była Narcyza.

   W kominku stała młoda kobieta, na oko młodsza od Narcyzy o kilka lat. Jej kruczoczarne włosy układały się falami na jej ramionach. Trzeba przyznać, że nie była brzydka, zachwycała urodą. Wielkie, ponętne usta kusiły mężczyzn, ciemnokasztanowe oczy przypominały facetom piwo kremowe, mnie kojarzyły się z czekoladom, ale co kto lubi, skośne brwi, które były niebywale symetryczne. Mały, zgrabny nosek, lekko zadarty, ponętne kości policzkowe, twarz owalna. Szczupła sylwetka, przypominała modelkę, ale nią nie była.

    Wyszła z kominka, miała na sobie szlafrok, który nie miał zasłaniać jej ciała, przynajmniej tak mnie się wydaję, uśmiechała się do Lucjusza.

   -Co ty tu robisz?- starał się opanować głos, który mu drżał. Zaskoczyła go swoim przybyciem, nie żeby się nie cieszył.-Lisso nie możesz przychodzić sobie do mnie, kiedy tylko chcesz.

   -Przestań, wiesz czemu tu jestem. Ona też tu jest?

   Lucjusz zmarszczył brwi.

   -Kto?

   -Twoja żona.

    -Ach, nie, poszła sobie.

    -To bardzo dobrze się składa, bo...

   Nie dokończyła, po prostu zsunęła z siebie szlafrok. To stanowiło jej odpowiedź. Arystokrata nie czekał, podniósł kobietę i ruszył z nią do sypialni.

   Tam rzucił ją na łóżko. Nie dał jej się pozachwycać wnętrzem, nie miał zamiaru dawać jej nadziei. Zaczął się rozbierać, zerknął na zegarek, było po piętnastej, wydał polecenie skrzatu aby pilnował drzwi. Nie chciał zostać przyłapanym na zdradzie, to mogłoby dać Narcyzie powód do rozwodu, czego nie chciał.

    Spojrzał na ponętny biust Lissy, to bardzo w niej lubił. Ugryzł jednego z jej sutków.

   Kobieta przechodziła przez salon, szukała męża, co prawda miała wrócić do domu wieczorem, ale doszła do wniosku, że to przecież jej mąż. Nie ma prawa jej bić, a ona nie musi się go bać, jest przecież z rodu Blacków!

   Dobra miała ze sobą butelkę wina, które uwielbiał jej mąż, to miał być taki mały prezent. Zauważyła, iż przed drzwiami do sypialni stoi Oczka.

   Uściskała skrzata.

   -Co tu robisz?

   -Och, Oczka nie może... pani nie chce wiedzieć, a Oczka nie może, pani powiedzieć, nie może.

   Skrzat był bliski łez, patrzył na kobietę błagalnym wzrokiem.

   -Oczku spokojnie, nie musisz tu stać, a tak właściwie to długo tak stoisz?

    -Tak od kilku godzin, pani.

   -Tak nie może być, idź, zrób sobie coś do picia, zjedz coś, odpocznij, ale powiedz mi jeszcze gdzie jest Lucjusz, bardzo cię proszę, Oczku.

    Skrzat zaczął płakać, z trudem wyksztusił:

   -Pan jest w sypialni z nią, Oczek przeprasza, niech pani się nie gniewa!

   Blondynka uśmiechnęła się czule, pogłaskała skrzata, chwyciła jego dłoń.

   -Chodź pójdziemy na dół, zrobię nam gorącą czekoladę z bitą śmietaną. Nie płacz, to ja tu powinnam płakać.

   Poszli do jadalni. Narcyza nie okazywała, żadnych emocji, wiedziała o każdej, może nie każdej, ale o większości zdradach męża. Bolała ją, że robi to z nią w ich sypialni, zanotowała w głowie, że musi kazać skrzatom zmienić pościel i kołdrę też.

   Z gorącą czekoladą siedzieli w kuchni popijając gorącą czekoladę. Nie rozmawiali, blondynka zerkała na drzwi sypialni, dobrze widoczne z jej miejsca. Czekała aż zobaczy, czy jej rywalka jest chociaż godna pięści męża na jej twarzy. Narcyza zwaliła winę na nią, miała gdzieś wszelkie zasady, moralności itd. Nienawidziła kobiety, która jest teraz w jej sypialni, nienawidziła swojego męża i siebie.

    Lucjusz szczytował. Odczekał chwilę, powoli wysunął się z kochanki, która dyszała głośno. Leżał obok niej wyczerpany. Spojrzał na zegarek, trochę przesadził, postanowił pozbyć się jak najszybciej Lissy. Przeskanował pomieszczenie, nigdzie nie było widać jej ubrań. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że przyszła bez nich, tylko sam szlafrok, który był na dole w salonie, tym mniejszym. Na szczęście jego rzeczy były blisko. Ubrał się i westchnął. Humor mu się poprawił.

   Lissa niespiesznie wstała.

    -Będę mogła zostać kochanie?

  Mimo, iż użyła słodkiego głosiku głos Lucjusza grzmiał stanowczo:

   -Nie, pójdziesz do siebie. Odprowadzę cię do kominka, chodź!

   Nie czekał, aż ta się podniesie, wyszedł z sypialni, a raczej wystrzelił jak błyskawica. Kobieta podążyła za nim.

   Drzwi się otworzyły, Narcyza uniosła aparat. Nie myliła się z sypiali wyszedł jej mąż z całkiem nagą kobietą.

   Pstryk! Pstryk! Pstryk!

   Bilety do lepszego życia wychodziły z małego aparatu. Trzy zdjęcia, które zapewnią blondynce lepsze życie i wygraną sprawę w sądzie. Wyrwała ostatnia fotografie i uciekła do kominka. Za pomocą sieci fiuu, udała się do domu matki, o którym wiedziała tylko ona, zgodnie z obietnicą zabrała ze sobą Oczka.

    Minęło kilka dni odkąd zrobiła pamiętne fotografie. Spędzała miło czas ze skrzatem. Nie myślała o mężu. Dopiero pod koniec ósmego dnia przeanalizowała swoją sytuację.

   Miała niezbite dowody, poza tym wiedziała o przekrętach męża, ale pewna kwestia nie dawała jej spokoju. Co będzie z Draconem? Jest dopiero na piątym roku nauki, potrzebuje matki wraz z ojcem.

   -Oczku!

   -Tak pani!

   -Pójdziesz do banku Gringotta, dam ci klucz do mojej skrytki włożysz do niej tą kopertę.

   Podała skrzatu błękitno-białą kopertę ze zdjęciami w środku.

   -Dobrze pani!

   Blondynka usiadła na kanapie. Zastanawiała się jak rozwiązać nurtujący ją problem. Postanowiła napisać do Lucjusza.


Drogi mężu

Chciałabym się z tobą spotkać, aby omówić ważne kwestię. Prawdopodobnie będzie to trudna rozmowa, ale musimy ją odbyć. Proszę przyjdź, dzisiaj o godzinie szesnastej do mojej ulubionej restauracji.

                                                                                                                                                  Narcyza

PS. Nie przyprowadzaj ze sobą kochanki chyba, że chcesz mnie wkurwić.


   Dawno nie przeklinała, ale w końcu nie ma już nic do stracenia. Godność odebrano jej pamiętnego dnia, kiedy to jakaś kobieta jęczała w jej sypialni.

   Założyła długą i ciężką czarną suknię, ostatnio czarny wydawał jej się odpowiednim kolorem, odzwierciedlał stan serca Narcyzy, w przenośni oczywiście. Włosy rozpuściła. Stała przed lustrem i zastanawiał się co ma owa dziewczyna, czego nie ma Narcyza. Nie rozumiała tego, przecież nie wyglądała na swój wiek. Miała wciąż piękną twarz oraz idealną sylwetkę. Ostatnio nawet schudła z tego stresu, nie żeby wcześniej była gruba, wręcz przeciwnie.

   Przypomniały jej się czasy ze szkoły, a następnie z dzieciństwa. Wszyscy mówili, że ma włosy po matce, jednak ona chciała mieć je po ojcu. Piękne czarne i kręcone. Teraz zaśmiała się na tę myśl. Obecnie w ogóle nie widać po niej, że pochodzi z rodu Blacków. Zerknęła w swoje odbicie i pomyślała, iż czas to zmienić.

   Lucjusz czekał przed restauracją. Kiedy dostał korespondencję od żony myślał, że w środku znajdzie pozew rozwodowy, jednak nie. Ona chciała się tylko spotkać, cała Narcyza. Zero agresji, mężczyzna wiedziała jak bardzo go kochała. Czuł, iż jeszcze nie wszystko stracone, pomyślał, że może jeszcze naprawić ich stosunki.

    Przypomniało mu się jakie kwiaty lubi blondynka. Zezłościł się na siebie, że zapomniał o czymś tak oczywistym. No tak Lissa nie potrzebowała kwiatów, gardziła nimi, wolała drogą biżuterię. Blondyn spojrzał na drogi łańcuszek, cóż już za późno na roślinkę, Narcyza musi zadowolić się złotem.

   Na początku nie rozpoznał jej. Szła dumnym krokiem, jednak jej twarz pozostawała obojętna. Tyle piękna i wdzięku... Jednak coś mu nie grało. Z bólem podniósł wzrok wyżej, włosy niegdyś blond, miały teraz po bokach czarne pasma. Przyznał, że to od razu skojarzyło mu się z teściem.

   Weszli do środka bez przywitania. Wybrali oddalony stolik, chcieli samotności.

   Pomieszczenie było dość duże. Miało odcień zieleni, zmieszanej z fioletowymi ozdobami. Podłoga była ciemna, prawdopodobnie drewno. Stoliki miały taki sam odcień co podłoga, krzesła też. Do środka wpadało mnóstwo światła. W restauracji siedziało kilka par, oprócz Malfoyów, ale nie dużo.

   Narcyza zdjęła płaszcz i przewiesiła go przez krzesło obok. Udała, ze nie zauważyła jak Lucjusz próbował jej pomóc. Kiedy złożyli zamówienie, kobieta przeszła do rzeczy.

   -Chcę rozwodu, mam dowody zdrady.-mówiła łagodnym i cichym głosem. Nie patrzyła na arystokratę, bała się, że kiedy spojrzy mu w oczy to stchórzy.-Nie chcę żeby Draco ucierpiał, więc będziesz się z nim widywał. Podział majątku ma być równy. Dom możesz sobie zatrzymać, skrzaty też, oprócz Oczka.

   Zaskoczyła go pewność w głosie Narcyzy. Mimo to nie dał się zwieść, czuł, że to on ma władzę.

   -Tylko, że ja nie chcę rozwodu, a skoro ja nie chcę to ty możesz tylko pomarzyć. Nie gniewaj się, stało się, trudno. To więcej się nie powtórzy. Mam coś dla ciebie, na przeprosiny, wiem...

   -Gówno wiesz, Malfoy. Nie obchodzi mnie twoje zdanie. Chcę rozwodu!

   -Dobrze. Dam ci to, czego tak chcesz, ale pod warunkiem, że wrócisz do domu.

   Przekalkulowała w głowię te propozycję. Mógł jej cos zrobić, ale z drugiej strony, czy nie warto pomęczyć się chwilę i mieć to wszystko z głowy?

   -Zgodzę się pod warunkiem, że nic mi nie zrobisz, bez mojej zgody.

   -Umowa stoi.

   Kiedy dotarli do Malfoy Manor szybko okazało się co dla Lucjusza znaczyła owa obietnica.

   Wygonił skrzaty, a następnie zaprosił Narcyzę do sypialni.

   -Niby gdzie wisi ten nowy obraz?

   Drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Tak oto umowa została unieważniona. Lucjusz chwycił kobietę w pasie i rzucił na łóżko. Następnie ścisnął rękoma jej gardło.

   Pisnęła cicho, zdezorientowana. W oczach Lucjusza było widać tylko żądzę mordu. Wiedziała co ją zaraz czeka, więc postanowiła pokazać mu co o tym myśli. Splunęła mu w twarz, trafiła idealnie, tam gdzie chciała.

   Malfoy warknął, potem zamachnął się na żonę, spoliczkował ją. Poczuł, że członek mu twardnieje. Zorientował się, iż nie ma nic do stracenia.

   Schylił się, podwinął suknię blondynki, wsunął pod nią ręce. Przesuwał nimi w górę po nogach kobiety. Kiedy dotarł w ten sposób do bioder ściągnął, wraz z rajstopami majtki. Następnie przesunął ręce w górę, odnalazł biust, w pośpiechu szukał zapięcia. W tym samym czasie jego język skutecznie uniemożliwiła wrzaski kobiecie. Ugryzła go w momencie, gdy ten ściągnął jej stanik. Przycisnął swój tors do jej. Rozpiął długą, ciężka suknię. Chwycił ją i jedną ręką przerzucił na łóżko. Poczuł smak krwi, uznał za głupotę dalej męczyć się z zębami Narcyzy. Przeszedł do jej biustu. Dzięki wielu kochankom nabrał wprawy. Dawno nie czuł się tak dobrze, był rozpalony do tego stopnia, że rozerwał swoją ulubiona koszulę. Spodnie rozpiął błyskawicznym ruchem. Miał problem z paskiem, na dodatek Narcyza kopała go w plecy.

    Gdy zdjął całkiem spodnie rozpoczął najlepszy seks w swoim życiu, towarzyszyły mu jęki żony, wraz z łzami cięknącymi po jej szyi.

  Narcyza kiedy się obudziła poczuła ból w podbrzuszu. Bolały ja wszystkie mięśnie. Z trudem wstała z łóżka. Poprzysięgła sobie zemstę.

   Około południa wpłyną donos na Lucjusza Malfoya. Papiery były autentycznie, było ich sporo. Dość by odesłać blondyna do Azkabanu, udowodniono mu też działalność w grupie śmierciożerców, podpalił z nimi osiem wiosek mugoliskich. Na prośbę arystokraty sprawę zatuszowano, jednak został umieszczony w Azkabanie, na miesiąc.

  Sumienie nie dawało kobiecie spokoju, więc postarała się o dobrą celę dla męża, dzięki niej miał też o wiele lepsze jedzenie, niż inni więźniowie. Kobieta właśnie wracała od męża. Już jutro miał wyjść. Postanowiła mu wszystko wybaczyć.

   Na Pokątnej kupiła dla niego wstążkę do włosów, nie mogła znieść widoku brudnych, nierozczesanych kudłów. Wpadła na kobietę, która wydawała jej się znajoma.

   Tak, znały się choć nigdy nie zamieniły ze sobą ani słowa. Narcyza miała nawet kilka jej zdjęć nago, tak Lissa we własnej osobie.

   Ciemnowłosa uśmiechnęła się do Narcyzy.

   -Miło cię widzieć, wcześniej jakoś nie miałyśmy czasu, bądź chęci aby się sobie przedstawić, jestem...

   -Wiem kim jesteś.

   -Doprawdy?

   -Tak, dziwka z ciebie, a teraz złaź mi z drogi.

    -Przekaż Lucjuszowi, jak już wyjdzie, że spodziewam się dziecka. Miłego dnia!

   Blondynka stała jak spetryfikowana. Przeteleportowała się do Malfoy Manor, a tam chwyciła w ręce pamiętnik. Dzięki niemu przeżyła każdą zdradę. Kiedy tak czytała swoje zapiski, nie wytrzymała. Jedno zdanie, zrujnowało jej życie. Teraz nie ma po co żyć, on przekroczył wszelkie granice.

   Lucjusz szedł przez korytarze Azkabanu. Inni więźniowie jęczeli głośno. Wściekli rzucali się na kraty, niektórzy przeklinali głośno demetorów. Lucjusz pomyślał, że gdyby nie wizyty Narcyzy też by tak skończył.

   Leżał całe dnie i myślał o niej. Obiecał sobie, że wszystko się zmieni. Zamierzał zerwać kontakty z Lissą, postanowił błagać blondynkę o przebaczenie, choćby na kolanach. Kiedy on siedział w ciemnym kącie i tracił nadzieję, jego żona siedziała za nim i gładziła jego plecy. Przezwyciężała wstręt oraz strach co tydzień, karmiła go, czesała, opowiadał różne historie, mówiła dużo o ich synie. Dzięki niej zrozumiał każdy swój błąd.

   Narcyza wskoczyła do wanny. Woda była zimna, wręcz lodowata, jednak to nie miało dla kobiety znaczenia. Rozłożyła ręce tak, że nie mogła się wynurzyć, zaparła się również nogami. Rozpoczęła odliczanie.

1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12,...

   Arystokrata zdziwił się widząc przed więzieniem dla czarodziei Lissę. Spodziewał się ujrzeć żonę nie ją.

    Zarzuciła mu ręce na szyję, obcałowywała jego twarz. Lucjuszowi z początku bardzo się to podobało. Przypomniał sobie o swoim postanowieniu. Odepchnął kobietę.

   -Z nami koniec Lisso.

    Zaskoczył tym ciemnowłosą. Wpatrywała się w niego maślanymi oczami. Jakby nie rozumiała co do niej powiedział. Chłodny wiatr, rozwiał jej ciche słowa.

   -Chodzi o nią, tak? Nie przejmuj się wszystko załatwiłam, da nam spokój.

   Malfoy uniósł brwi.

   -To moja żona, Lisso. Co załatwiłaś?

   -Powiedziałam jej, że jestem w ciąży.

   Zaśmiała się, jakby powiedziała coś śmiesznego.

    -A jesteś?

   -No penie, że nie, głuptasie.

   Ponure myśli krążyły po głowie Lucjusza.

   -Z nami koniec. Masz dać mi spokój i nie zbliżaj się więcej do Cyzi!

   Woda zalewała blondynce płuca.

3005, 3006, 3007, 3008...

   Rozejrzał się po pomieszczeniu. Usiadł na swoim ulubionym miejscu. Doszedł do wniosku, że żony nie ma w domu, w końcu wołał ją i szukał. Nie dokładnie, ale oboje są dorośli, po co miałaby się chować?

   Zauważył gruba książkę. Otworzył ją. Miał w dłoniach pamiętnik swojej żony. Uśmiechnął się i zaczął go kartkować.

26
  
To był jeden z lepszych dni. Lucjusz zabrał mnie do teatru. Siedziałam w trzecim rzędzie, obok niego. To jego obecność, sprawiała mi radość, nie spektakl. Prawdę mówiąc kiedyś już na nim byłam, ale nie chciałam sprawić mężowi przykrości, więc milczałam.

Teraz siedzę sobie przy kominku i wspominam tamten dzień. Jego piękne, nienagannie uczesane włosy, elegancki garnitur, laskę opartą na krześle. W połowi wyszedł do toalety. Przedstawienie opowiadało o, nie wiem o czym, skupiłam całą uwagę na mężu. Wrócił szybko, po upływie trzydziestu minut. Jego włosy już nie były idealnie ułożone. Zupełnie jakby ktoś wkładał w nie ręce, aby je potarmosić. Rozpiął marynarkę, poluzował krawat, rozpiął kilka górnych guzików koszuli. Miał przyspieszony oddech, lekkie rumieńce na twarzy. Zupełnie jakby...nie! Po nim wróciła brunetka, która siedziała w rzędzie przed nami. Rozczochrane włosy, pogięta sukienka, rumieńce.

Młody aktor śmiał się, na scenie, udawał jakąś chorobę, chyba depresję. Świrował jak moje myśli. Znowu to samo. On znowu mi to zrobił, jednak kocham go, więc mu wybaczę. Wybaczam ci kochany.




49


Chciałam zrobić mężu niespodziankę. Upiekłam SAMA, jego ulubione ciasto. Nakryłam do stołu, otworzyłam najlepsze wino, za którym nie przepadam, ale on je strasznie lubi. Włożyłam najlepszą sukienkę, Lucjusz twierdzi, że wyglądam w niej bosko, więc czekałam w niej i wyglądałam bosko, czekałam i czekałam. Przyszedł rano. Nie gniewałam się i nie będę tego robić. Zdarza się. To tylko zwykłe spóźnienie, wcale nie pił z kolegami, wcale nie wrócił upity, nie jestem zła. Zdarza się. Widocznie tego potrzebował, to przeze mnie ja go zaniedbuję, ja. Postaram się poprawić. Muszę się poprawić, dla niego.


72


Czesałam synka. Mieliśmy razem poczytać książkę, czyli on wybiera co ja będę mu czytała, ma dopiero trzy latka, jednak już powoli uczy się czytać. Kiedy Draco wybierał coś ciekawego, zapewne o smokach, przyszedł skrzat. Ktoś czekał pod domem. Zdziwiłam się było późno. Wyszłam sprawdzić kto to. Przed bramą czekała młoda kobieta. Nie znałam jej, nie znałam jej, dobra znałam ją. Krew odeszła mi z twarzy. To była prostytutka. Widziałam kiedyś u kolegi męża jej zdjęcie na wizytówce, jednego z klubów nocnych. Pewnie pomyłka. Nie, to nie była pomyłka. Chciała rozmawiać z moim mężem. To nie tak, o nie tak, to dokładnie tak. Zdradził mnie... znowu.

Po dłuższej dyskusji odeszła. Tak jak mój dobry humor. Zdarza się, to chyba normalne. W końcu mężczyźni tacy są, prawda? Nie tylko mój, zresztą nie  wiem jacy są. Czy tylko ten mój jest taki podły? Nie, nie, nie, jak ja mogłam o czymś takim, w ogóle pomyśleć? Kocham go, dlatego mu wybaczę. Wybaczam ci kochanie.

199

To był taki cudowny dzień, mój mąż zabrał mnie do kolegów. Uwielbiam robić za skrzata, uwielbiam podawać im alkohol, uwielbiam być poniżana. Przynajmniej szybko skończyli, ja to jednak nie umiem nawet polewać. Zła ze mnie żona, Lucjusz powtarza mi to trzy razy dziennie, wiem, że ma rację. Nie, nie ma. Wybaczam mu to, przecież to nie jego wina, że kolega nie chciał budzić skrzatów, a Lucjusz zaproponował żebym to ja robiła za kelnerkę. Zdarza się, czasem trzeba pocierpieć. Wybaczam ci kochanie.

528

Był u nas wielce szanowany człowiek, kolega męża. Jakiż on był miły przywitał się ze mną i rzucił Cruciatusa. Był to Czarny Pan. Ktoś wtedy krzyczał, ja. Długo nie wytrzymałam, chyba zezłościłam tym Lorda Voldemorta. Chciał się wyżyć, więc jego dobry sługa zaproponował, żeby zrobił to na mnie. Sługa stał i patrzył. Tortury trwały długo, z małymi przerwami, Lucjusz dbał bym przeżyła, te jego piękne spojrzenie, pełne, podziwu, patrzył prosto nie na mnie, na swojego pana. Pewnie bał się spojrzeć na mnie, nie chciał, żebym bardziej cierpiała. Nie chciał czuć winy za to, że nawalił, spieprzył sprawę i musiał wystawić mnie na tortury. Musiał, chciał to zrobić, bo gdybym nie ja to on, byłby torturowany. Te moje myśli, idą w złym kierunku. On wystawia mnie ja jego. Tak to idzie na takiej zasadzie, chyba. Szkoda, że ja zawsze wystawiam siebie i ona zawsze wystawia mnie. Wybaczam mu to, widocznie uznał, że tak będzie lepiej, on potrafi podejmować mądre decyzje, nie to co ja. Wybaczam ci kochanie.

666

Najgorszy dzień rozpoczął się tym, że na mnie nawrzeszczał. Byłam u ojca. Trochę się zagadaliśmy. Wróciłam rano, on czekał. Rozumiem ja tez bym mu zrobiła awanturę, jakby wrócił tak późno, ale on nigdy nie wracał późno, a raczej ja chciałam żeby tak było. Krzyczał, bił. Zdarza się? Nie pamiętam co dokładnie robił, ja płakałam on robił swoje. Odkąd zamknęli klub nocny przypomniała sobie o mnie. Szkoda, że tak późno i w brutalny sposób. Tracę cos co kiedyś utrzymywało mnie przy życiu, jego. Wybaczam ci kochanie, te pobicie i gwałt, mam nadzieję, że wybornie się przy tym bawiłeś.

901

,,Kłamstwo często zabija przyjaźń, a prawda często zabija miłość."

Wspaniały dzień. Poznałam nową osobę, mianowicie kochankę męża. Obraziła mnie i łaskawie opowiedziała o tym co mój ukochany mąż o mnie mówił. Dziękuję ci kochanie. Dowiedziałam się też czegoś zaskakującego. Lucjusz ponownie zostanie ojcem, gratuluję, szkoda, że nie ze mną. Draco na pewno się ucieszy, ale ja nie jestem z tego powodu szczęśliwa. Nie wybaczam ci.

Żegnaj notatniczku, to był ostatni ze wpisów. Pora się rozstać.



 
 
   Zamknął go z hukiem. Ostatni wpis zaniepokoił arystokratę. Rozpiął kilka guzików koszuli. Ruszył w kierunku łazienki.

     Pomieszczenie było zalane wodą. Mężczyzna podbiegł do wanny, wrzasnął przeciągle, ten krzyk musieli słyszeć sąsiedzi, którzy mieszkali spory kawał drogi od Malfoy Manor.

    Podniósł bezwładne ciało Narcyzy, złożył na jej wargach ostatni pocałunek.




,,Jesteśmy jak kamienie, gdyby nas wrzucić do morza to wypłynąłby bród, a to co czyste i niewinne zostałoby na dnie. Bo ciało jest czasem brudniejsze od myśli, czy czynów, podobnie jak u kamienia."
                      ~Wizard  Of Darkness

 

8 maj 2016

SOWA #3

                        Zapraszam do czytania ,,Proroka Codziennego". Miniaturka pojawi się już niedługo. Do końca napisania jej zostało mi 30%.
 
 
 

1 maj 2016

Rozdział 5. ,,Rywal dla Malfoya"

     Blondyn stał pod drzwiami do domu Blacków. Obiecał sobie, że odwiedzi Narcyzę, sam nie do końca wiedział czemu. Czuł, że tak trzeba, wmawiał sobie, iż robi to z nudów. Z rozmyślań wyrwał go skrzat.

     -Państwa Black nie ma-wyskrzeczał. Był brzydki i stary, ale zdaniem Malfoy`a sto razy lepszy od tego, jak mu było, ach Stworka. Chłopak chciał zrobić krok do przodu, ale drzwi zamknęły się z chukiem. Lucjusz czuł, że tego skrzata też nie lubi. Walił pięcią w drewniane drzwi, aż te się nie odtworzyły.

    -Państwa Black...

    -Tak wiem-burknął-gdzie są?!

    -We Francji, trochę kultury, należy mi sie...

    -Kiedy wrócą?!

   -Kij ci w dupę blondasie, CHAM Z CIEBIE, JAK ICH MAŁO!!!

   Drzwi znów chuknęły. Malfoy miał pewnosć, że nienawidzi skrzatów Blacków. Zero szcunku dla czarodziejów. Trochę się rozczarował. Musiał przyznać sam przed sobą, że lubił konwersacje z blondynką, troche mu jej brakowało. Przypomniał sobie ich ostsnie spotkanie, Evan miał tupet, żeby prosić o cos takiego swoją kuzynkę. Zaśmiał się pod nosem, cały Rosier. Mina Narcyzy utkwiła mu w pamięci, zdał sobie sprawę, że dziewczyna może się na niego gniewać i przecierz jeszcze nie wynagrodził jej za pomoc. Ona bezinteresownie opatrzyła jego rany, ach zdawałoby się, że to wszystko było tak niedawno, chwilkę to było naprawdę całkiem niedawno. Cholerne słońce, wypala mi mózg. Wracając to Lucjusza, postanowił udac się na Pokątną. Miał zamiar kupić coś dla dziewczyny. Wiedziała, że ona lubi książki. Tej myśli się trzymał.

    Kiedy przeteleportował się na Pokątną od razu ruszył w kierunku Esów i floresów.

    W księgarni pachniało starymi księgami. Wszędzie były bezcenne kartki, papieru. Udał się do działu, który wydawał mu się odpowiedni. Doszedł do wniosku, że Narcyza musi lubić romanse. Przecież każda dziewczyna je lubi, co nie? Niestety nie blondynka, ale skąd niby miał o tym wiedzieć? Zdecydował się na ,,Idiotę". Wybrał ją tylko dlatego, że miała ładną okładkę, ale to nie miało dla niego znaczenia. Zapłacił i wyszedł z księgarni. Nie miał planów, na ten dzień. Zastanawiał się co ze sobą zrobi.

    -Cześć!

    Odwrócił się szarpnięty za ramię. Obok niego stała rudowłosa dziewczyna. Mimowolnie zaczerwienił się. Gdyby nie policzki jego twarz nie zdradzałaby żadnych emocji.

   -Cześć Rozo. Co ty tutaj robisz?

    Zdecydował się na sztywną rozmowę. Nie miał ochoty przebywać w jej towarzystwie. Niechciał też aby ktoś ich ze sobą zobaczył.

    -Tak sobie chodzę. Tak sobie pomyślałam, że może spotkalibyśmy się jutro, na kolacji?, tak na przykład.

   -Nie.

   -Może jednak?

  -Jestem umówiony, nie mogę to ważne.

    Po tych słowach wyminął ją. Nie kłamał, jutro ma pójść na spotkanie z Czarnym Panem. Doszedł do wniosku, że nie warto marnować dnia. Postanowił wpaść z wizytą do Rockwooda.

Francja



     Narcyza przez całą noc obmyślała strategię, doszła do wniosku, iż musi odnaleźć Aleysego. Na początku chciała poprosić siostrę o pomoc, jednak rozmyśliła się. Wyjęła mapę, postanowiła jeszcze raz ją przestudiować . Zaznaczyła na niej miejsca, gdzie jej zdaniem mógł być chłopak. Miała tylko nadzieję, że nie był turystą, gdyby tak było, mogłaby szukać wszędzie, a i tak mogłaby go nie znaleźć, bo mógłby już dawno być w swoim kraju, bądź mieście. Blondynka wierzyła, że chłopak był francuzem i jest teraz gdzieś w Paryżu.

    Schowała prowizoryczne notatki. Miała wychodzić kiedy usłyszała cichy, zaspany głos.

   -Cyziu, kochanie-Cygnus ziewnął przeciągle-wzięłaś jakieś książki, które mogły by się mi spodobać, co?

   -Tak tato, leżą u mnie w pokoju na stoliku nocnym. Zakładka jest obok nich.

    -Dzięki kwiatuszku.

    Uśmiechnęła się, nie lubiła kiedy ktoś tak ją nazywał jednak sposób w jaki wypowiadał to jej ojciec zawsze podobał się dziewczynie. W wybornym nastroju poszła schodami w dół. Jeździła ręką po poręczy. Powierzchnia była bardzo śliska w dotyku, był to jakiś drogi kamień. Miał piękną zielono-błękitną barwę, schody też wyłożone zostały kamieniem, tym samym co poręcz. To była ciesząca oczy kompozycja.

    Hol odznaczał się kryształowym żyrandolem. Dziewczyna pierwszego dnia spróbowała policzyć wszystkie kryształki, po tysiącu naliczonych drobnych kryształków odpuściła. Nie cieszyła oczu oglądaniem pomieszczenia, jeszcze raz dokładnie przyjrzy mu się ostatniego dnia. Teraz liczył się tylko chłopak.
    Los znów jej sprzyjał, temperatura nie była za gorąca, ani zbyt chłodna. Tylko pośrednia, czyli idealna. Poszukiwania zaczęła od Bazyliki Sacré-Cœur. Tam po raz pierwszy się spotkali. Liczyła na szczęście, które ostatnimi czasy nie sprzyjało Narcyzie.


     Obchodziła budowlę po raz piąty. Nie chciała tracić wiary, wiedziała na co się piszę. Jednak poczuła ukucie żalu. Spojrzała w lewo, rozpoznawała te włosy. To on, znalazła go! Pędziła w jego kierunku krzycząc: Aleksy!
Londyn, stara chata, miejsce spotkań śmierciożerców

     Drugie spotkanie nie przypominało pierwszego. Ciemna sala, z jedną świeczką, która miała oświetlić pokój wielkości Wielkiej sali w Hogwarcie. Żenujące, gdyby chociaż ktoś rzucił ,,Lumos", ale nikt tego nie zrobił. Około stu młodych czarodziejów stłoczyło się wokół świeczki. Każdy z nich był inny, większość się nie znała, łączył ich jeden cel: być śmierciożercą.

   Po niektórych było widać lęk, Lucjusz bał się podczas pierwszego spotkania, teraz jednak czuł obrzydzenie. W pomieszczeniu dało się boleśnie odczuć zapach pleśni. Czekali na Lorda Voldemorta od kilku godzin. Nie którym trzęsły się nogi, z wysiłku, bądź strachu.

   Malfoy zerknął na swoich kolegów, brakowało Rosiera. To przecież zrozumiałe, nie mógł przyjść, miał złamaną nogę, która się goiła w szybkim tempie. Zaklęcia i eliksiry pomogły. Chłopak z nudów chwycił swoje włosy i zaczął zaplatać je w warkocz. Podczas długiego czekania plótł i rozplatał warkocz, powtórzył tę czynności pięćdziesiąt razy. Kiedy skończył po raz pięćdziesiąty do sali wszedł Czarny Pan. ,,Czarna Menda, spóźnił się, mógł chociaż uprzedzić." 

   Dyskutowali o przyszłości. Pan chciał osiągnąć sam szczyt, mówił o niewyobrażalnych rzeczach. Lucjusz zastanawiał się czy było warto. Nie tego się spodziewał, spotkanie przypominało wizje chorego na umyśle szaleńca.

    Tym razem dostał dwa zadania. Musiał uwarzyć kilka zakazanych eliksirów i pójść na misję z Rosierem. Oczywiście ten drugi nie mógł tego zrobić, więc całą robotę Malfoy musiał wykonać sam. Nie było to sprawiedliwe, ale Lord Voldemort chyba nie znał tego słowa.

    Pod koniec, kiedy wszyscy tłoczyli się do wyjścia, Czarny Pan kazał blondynowi zostać na miejscu. Odczekał chwilę, kiedy byli sami w pomieszczeniu rzekł:

   -Pokładam w tobie wielkie nadzieję.

    Zaskoczył tym jednym zdaniem Malfoya.

    -Oczekuję od ciebie więcej-kontynuował-będziesz dostawał jedną misję na tydzień. Nauczysz się pewnej sztuczki, którą bardzo cenię. Masz-podał blondynowi starą zniszczoną książkę-na stronie 190 jest to czego masz się nauczyć. Prywatne lekcje zaczniemy jak będziesz-stuknął palcem w lekturę-to umiał. Możesz iść, nasza rozmowa niech zostanie między nami.

   -Tak jest...Panie.

    Skłonił się i wręcz wybiegł z sali obradowej. Ciężko dysząc zatrzymał się pod starym drzewem. Uspokoił oddech i zaczął oglądać księgę.

   Była stara i zniszczona. Pachniała starością oraz czymś zgniłym, prawdopodobnie Panem. Na okładce widniała czaszka. Niezbyt zachęcająco wyglądała. Blondyn schował ją i teleportował się do Malfoy Manor.
Francja, w drodze do kościoła de la Sainte-Trinité

 
    Twarz Narcyzy kolorem przypominała pomidora. Było jej strasznie wstyd. Podbiegła do obcego faceta z okrzykiem: Aleksy! Przyciągnęła uwagę przechodniów i na swoje nieszczęście, żony obcego kolesia. Dostała nauczkę, następnym razem nie będzie krzyczeć, ani uśmiechać się do obcych. Obiecała sobie, że najpierw się upewni.

    Mimo niepowodzenia nie zamierzała tak po prostu zrezygnować. Poddanie się co prawda było w jej stylu, ale blondynka przysięgła sobie, że odnajdzie go.

    Szukała długo, nie znalazła. Okrążała kościół dziesięć razy, robiła to z ogromną dokładnością i nic. Zerknęła na mapę. Wybrała jej zdaniem odpowiednie miejsce, wieżę Eiffla. No dobrze wybrała ją, bo bardzo chciała zobaczyć Paryż z wysoka.

   Wspinaczka na górę trochę zajęła Blackównie. Na początku liczyła schody, zgubiła się po stu. Zadyszana dotarła na sam szczyt. Wszystkie miejsca były zajęte. Nie złościła się, cierpliwość była jej dobrą cechą, którą ceniła i starała się pielęgnować. Odczekała chwilę, kiedy miejsce się zwolniło podeszła.

    Zamarła z zachwytu. Paryż wydawał się jeszcze piękniejszy niż to możliwe. Powoli przysunęła się do barierki, lęk wysokości nie pozwalał dziewczynie szaleć. Ktoś położył jej dłoń na ramieniu.

    -Cześć, miło mi cię znów widzieć Narcyzo.

   -Aleksy...echmm...

    Dzięki wszystkim książkom jakie przeczytała, blondynka potrafiła wypowiadać się w sposób mistrzowski, jednak nie w tej sytuacji. Wielki uśmiech ozdobił jej twarz. Cieszyła się, że nie zrezygnowała. Ta chwila była tego warta.

    -Aleksy ja wiem, kim ty jesteś. Widziałam to u ciebie. Ja też jestem... no wiesz.

   Nie chciała mówić głośno, otaczali ich mugole. Chłopak przytaknął i obdarzył ją szerokim uśmiechem.

   Dzień minął im doskonale. Zwiedzali Miasto miłości. Tym razem Narcyza skupiła się na historiach poszczególnych budowli. Po raz pierwszy od bardzo dawna była szczęśliwa przez cały dzień. Umówili się, że jutro z samego rana Aleksy będzie czekał na blondynkę w kafejce naprzeciwko jej hotelu. Obiecał pokazać dziewczynie swój dom, który znajdował się nieco z Paryżem.

    Narcyzie nawet w nocy, kiedy miała zasypiać uśmiech nie schodził z ust. Kiedy oddała się w objęcia Morfeusza od wciąż zdobił jej twarz.

Malfoy Manor

     Lucjusz lubił długo spać, tym razem zrobił wyjątek. Z samego rana popędził do piwnicy. Sprawdził jak tam miewa się jedno dzieło. Eliksir był dobry, tak ocenił go blondyn. Uznał, że wszystko robi, jak na razie dobrze. Dorzucił składników, po czym zamieszał dokładnie. Wstał i zaraz tego pożałował.

    Z jego nogą było coraz gorzej. Nie sprawowała się tak dobrze jak ta druga. Przez nią nie mógł ćwiczyć doskonałego zaklęcia.

   W książce od Czarnego Pana znajdowały się wspaniałe rzeczy. Malfoy chciał wypróbować każdy eliksir, zaklęcie i inne niezwykłe cuda. Lord Voldemord kazał mu nauczyć się czegoś co przypominało teleportacje. Sprawiało, że twoje ciało zamieniało się w czarną mgłę, a ty mogłeś z nie wiarygodna prędkością lecieć, gdzie chciałeś. Był tylko jeden haczyk. Żeby to zrobić trzeba było mieć znak śmierciożercy.

   Lucjusz nie wiedział jakim cudem ma to umieć, skoro owego znaku nie posiada. Stosował różne metody, które miały przywrócić jego nodze sprawność. Wszystko na nic.

     Zdecydował się na wypad do Munga. Tam na pewno mu pomogą, wystarczy mała łapówka i problem z głowy. Za pomocą kilku galeonów, na pewno nie będą zadawali pytań. Taką miał nadzieję.

    Nie mylił się. Lekarz przyjął ,,mały podarunek" z uśmiechem. Widocznie lubił prezenty.

    Lucjusz czekał na wieści. Czekanie to nie była jego mocna stroną. Poszedł do Evana. Nie zdziwił się kiedy zastał go przeglądającego ,,P&Z carnal pleasure".
 

   Rosier miał na sobie  szpitalną pidżamę. Obślinił się, co nie uszło mojej uwadze.

    -Dasz pooglądać?

   Chłopak odwrócił niechętnie głowę.

   -Hejka Lucek-zaśmiał się, nie wiem z czego-usiądź!

    Dalej przeglądali pismo razem. Po kilku godzinach do sali wszedł magomedyk.

   -A pan nie powinien być u siebie?

   -Raczej nie-mimika blondyna nie wyrażała nic-ma pan moje wyniki?

   -Owszem mam. Zalecamy kupienie maści, dam panu ich listę i może jakiejś laski. Noga nie będzie w pełni sprawna, ale muszę przyznać, że pański lekarz wykonał mistrzowska robotę. Doskonała technika. Mogę wiedzieć kto pana operował?

   -Nie-żachnął się-proszę o tę listę.

    Magomedyk podał ją arystokracie, po czym wyszedł pośpiesznie.

   Lucjusz chwile jeszcze rozmawiał z Rosierem. Kiedy skończyli napisał do matki. Nie znał żadnego sklepu z laskami. Wiedział jednak, że ona zna chyba każdy sklep w Londynie. Nie miał wyboru.

     Matka odpowiedziała na jego korespondencję bardzo szybko, widocznie się nudziła.


   


              Mój kochany synku

    Jest mi bardzo miło, że chcesz abym ci pomogła w zakupach. Wiedziałam ,że kiedyś mnie o to poprosisz. Oczywiście, pomogę ci. Zajdziemy jeszcze do innych sklepów, po co do jednego. Dzień jest długi. Spotkamy się u Madame Malkin. Ojciec zabiera mnie na kolację, ty też z nami pójdziesz. Kupimy ci nowy garnitur, a z laską będziesz wyglądał jak prawdziwy arystokrata!

                                                                                                          Twoja matka
 
 

      ,,Świetnie." Lucjusz westchnął i ruszył do najbardziej znienawidzonego sklepu jaki znał.
Francja

    Dziewczyna z samego rana czekała przy oknie. Wypatrywała Aleksego od dłuższego czasu. Nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. W końcu go spostrzegła. Usiadł przy oknie i patrzył, prosto na nią.

     Zerwała się z miejsca, jak poparzona. Ruszyła biegiem w dół. Omijała innych ludzi zygzakiem. Przecięła drogę, nie rozglądając się na boki, co w innej sytuacji by uczyniła.

      Aleksy objął Narcyzę na przywitanie ramionami. Nie tracili czasu, ruszyli wspólnym tempem w stronę parkingu.

   -Jak dostaniemy się do ciebie, Aleksy?

   -Samochodem.

     Dziewczyna pochodziła z rodziny Blacków, co prawda była to nietypowa rodzina i bardzo szalona, jednak mimo to blondynka jeszcze nigdy nie jechała autem. Jej ród uważał, że to dla mugoli, ona miała nico inne zdanie. Nie obchodziły ją takie sprawy. Bez wyrzutów sumienia wsiadła do pojazdu.

    Wnętrze było bardzo ładne. Siedzenia miały odcień czystej bieli, były skórzane. Całe wnętrze miało odcień bieli. W powietrzu udusił się zapach lawendy.

    Jechali szybkim tempem, ale nie za szybkim. Dzięki temu Narcyza mogła podziwiać widoki za oknem. A było na co popatrzeć.

    Przejeżdżali przez pola. Wydawało się, że nie miały one końca. Mieniły się w słońcu odcieniami fioletu. Tak, pola lawendy. Gdzie nie gdzie rosła pszenica. Przepiękna kompozycja.

   Aleksy zatrzymał się.

    -Chodź, pokarzę ci moje ulubione miejsce.

    Wyszli z samochodu i ruszyli małą, wydeptaną ścieżką. Po drodze rozmawiali. Dziewczyna czuła, że może chłopakowi zdradzić wszystko.

    -Długo będziecie w Paryżu?

   -Trzy dni, tyle nam jeszcze zostało.

     Czarnowłosy pokiwał głową.

    -Szkoda chciałbym pokazać ci wszystkie miejsca, godne twojego wzroku- zamyślił się, przez chwilę-wiesz jak znalazłem miejsce do którego zmierzamy?

   -Skąd miałabym to wiedzieć?

   - Fakt. Kiedyś, się zgubiłem. Miałem wtedy, nie wiem-poszukał w głowię tego wspomnienia- osiem lat? Tak, chyba osiem. Szedłem do domu. Po drodze zauważyłem tę ścieżkę. Pomyślałem, że to może być droga na skróty. Byłem taki niski, że czubek mojej głowy nie wystawał znad kwiatów, które nas teraz otaczają. Skręcałem wiele razy. Krzyczałem, ale nikt mnie nie słyszał. W końcu, zupełnie przypadkiem natrafiłem na to drzewko. Rosło sobie pośrodku polany. Jak gdyby nigdy nic. Spodobało mi się to. Dawało dużo cienia, gdyby nie one umarłbym. Wiesz, to było gorące lato. Kiedy wypocząłem wspiąłem się po gałęziach w górę. Kiedy byłem na szczycie ujrzałem swój dom. Pewnie domyśliłaś się jak to się skończyło? Właśnie tak znalazłem to piękne miejsce.

    -Wspaniała historia. Był z ciebie nieposłuszny chłopak.

   -Ech, to przeszłość. Teraz twoja kolej, opowiedz mi coś o sobie.

     Narcyza zamyśliła się. Niewiele miała takich historii, a jeśli już to takie o których wolałaby nie mówić nikomu. Znalazła odpowiednie, trochę je przekręciła.

     -Był wrzesień-zaczęła-moja starsza o rok siostra poszła do Hogwartu, na pierwszy rok nauki. Ojciec zabrał mnie do ciotki, która niezbyt za mną przepadała. Miałam zostać u niej na dwa tygodnie. Włóczyłam się po Dublinie, zapomniałam ona mieszka w Irlandii, a raczej mieszkała. Nie ważne, szłam przez ulicę. Spostrzegłam w trawie mały ogonek. Włochaty w odcieniu czerni. Istota do której należał szła w moim kierunku, a raczej biegła w zaskakująco szybkim tempie. Z zarośli wyłoniła się mała główka.

   Szpiczaste uszka, uśmiechnięty pyszczek, oczy w ,których odbijało się niebo. Biały krawacik z sierści. Wsunęłam dłoń w futro. Przejechałam po nim. Dłuższe włosy wchodziły pomiędzy moje palce, inne te krótsze lekko muskały moją skórę.

      Wskoczył mi na kolana. Wbił pazurki w spodnie. Trzymał się mocno, lecz nie ranił skóry jakby każdy jego ruch był przewidziany. Cichutko pomrukiwał. Ogonem gładził moją lewą nogę. Głowę wsunął w kolana. Ciepło wydobywające się z jego ciała ogrzewało mi nogi.

 
    Od razu wiedziałam, że to kot dla mnie. Niestety ciotka była innego zdania, kiedy przyniosłam go do domu, od razu mi go zabrała. Pamiętam, że strasznie za nim tęskniłam. Wyłam kilka nocy. Kota nigdy już nie zobaczyłam, został oddany do schroniska. Szkoda, był bardzo mądry.

   Nastała krępująca cisza.

    -Smutna ta twoja historia.

    -Nikt nie mówił, że będzie miała szczęśliwe zakończenie.
 
Pokątna, sklep Madame Malkin-szaty na wszystkie okazje


 
 
    Lucjusz zastał swoją matkę rozmawiającą z Madam Malkin. Kobiety śmiały się z czegoś. Miały dobre nastroje. Kaszlnął demonstracyjnie.

    -Oj, kochaneczku chory jesteś?-właścicielka sklepu podeszła do chłopaka. Zaczęła oglądać go z każdej strony.-Znam dobrego aptekarza. Zaraz jak on się nazywał? Zaraz sobie przypomnę...

    Blondyn zerknął na matkę. Ta jednak nie zareagowała, jakby chciał chłopak. Odwróciła wzrok.

   -To nie będzie konieczne.

    -Na pewno Andrianno*?

    -Tak, dziękuję za gest. My już chyba pójdziemy.

    -Nie, zostańcie. Pokarzę wam moje nowe dzieło. To suknia na specjalne okazje.

    -Kiedy wspomniałaś o specjalnych okazjach przypomniało mi się ,że miałam kupić Lucjuszowi nowy garnitur.

    -Już się robi!

     Koło blondyna zaczęły latać miary. Skrzywił się. Było już tak dobrze, ale nie musiała sobie przypomnieć. Madam Malkin kilka razy wbiła chłopakowi szpilki w nogę. Za każdym razem dało się usłyszeć coś w stylu warczenia złego psa. Pni Malfoy czekała spokojnie. Przyzwyczaiła się do takiego widoku. Czasami maskowała ręką uśmiech, wiedziała, że teraz lepiej nie drażnić syna.

     -Trochę schudłeś. Takie mam wrażenie-sklepowa nie lubiła milczenia-jak chcesz to dam ci owsianki. Wiem, że chcesz, nawet nie protestuj. Jak skończę to ci przyniosę. Andrianno musisz nawiać mu więcej jedzenia, a szczególnie owsianki.

    -Zapamiętam.

    -Tak to bardzo ważne. Nie będziesz miał nic przeciwko jak przesunę twoje włosy?-nie czekała na odpowiedź- o tak dobrze. Może ci je zwiążę. Jaki chcesz kolor wstążki? O! Wiem czarny będzie idealnie komponował się z twoim garniturem. Nie ruszaj się!

     Kobieta popędziła do lady. Gorączkowo szukała czarnej wstążki, wróciła do chłopaka i spięła jego długie blond włosy.

     -Niestety nie znalazłam czarnej, ale ta różowa tez jest ładna.

    Chłopak westchnął. Ta kobieta działał mu na nerwy. Jeszcze kazała mu chodzić w różowej wstążce, szczyt chamstwa!

  -Ładnie wygląda, nie?!

   -Tak-odparła pani Malfoy, starała się pohamować śmiech. Niestety nie udało się  jej to.-dziękuje Madam.

    -To żaden problem. Już skończyłam. Garnitur będzie gotowy za kilka dni. Wyślę wam sowę. Czekajcie skoczę po owsiankę, ty też chcesz Adrianno?

   -Nie dziękuję.

    -To ci dam. Jest naprawdę pyszna. Dosypać czegoś do niej? Ja bardzo lubię jeść ją z czekoladą, ale nie rozpuszczoną.

   -Może pani posypać, tylko mało.

   Ledwo skończył zdanie, a kobieta już zamykała drzwi. Po chwili wróciła z trzema miskami owsianki. Czarodzieje usiedli przy stole, który wyczarowała pani Malfoy.

    Po skończeniu jedzenia pierwsza odezwała się Madam Malkin.

    -Bardzo podoba mi się twój garnitur, Lucjuszu. Jest świetnie dopasowany.

    -Dziękuję.

    Matka chłopaka wstała od stołu.

   -Na nas już czas. Było nam bardzo miło, Madam.

    -Mnie też. Trzymajcie się, wpadnijcie niedługo!

   Malfoyowie szli w równym tempie. Adrianna po drodze mówiła coś do Lucjusza, ten nie słuchał jej. Drogę przebyli, szybko.

   Sklep, pod jakim się zatrzymali był ogromny. Za szybami było widać przeróżne laski. Wszystkie miały w sobie coś wyjątkowego. Weszli do sklepu. Trudno w to uwierzyć, ale w środku był jeszcze większy niż na zewnątrz. Dwadzieścia regałów z laskami, aż po sufit. Chłopak zastanawiał się czy naprawdę ta rzecz ma, aż takie wzięcie. Arystokraci zadziwiali nawet arystokratów.

   Do państwa Malfoy podszedł starszy pan. Na oko sześćdziesiąt letni. Nosił wielkie okulary na spiczastym nosie. Jego oczy dzięki szkłom wydawały się rozmiarem przypominać oczodoły owada. Były w odcieniu wyblakłej zieleni. Włosy, a raczej pozostałości po nich, opadały starcowi na ramiona. Sprzedawca miał zgarbioną postawę.

   -Jakiego modelu państwo szukają?

   Lucjusz zawahał się przez chwile. Nie wiedział czego chce, miał za to pomysł co laska musi mieć.

   -Chcę laskę na zamówienie.

   -Dobrze proszę za mną.

    Stary czarodziej zaprowadził klientów do wygodnej sofy. Kiedy wszyscy siedzieli wyjął samo piszące pióro.

    -Proszę mówić.

    -Moja różdżka ma 18 cali, chcę aby mieściła się w lasce. Nie mam szczególnych wymagań ma być dobrze dopasowana. Niech ma otwór na zakończeniu, chcę aby uchwyt mojej różdżki wystawał na zewnątrz.

   Pokazał magiczny patyk zakończony głową węża.

   -Jakie ma mieć kolory?

   -Obojętnie. Ma mieć jakieś wzory.

   -Dobrze to wszystko?

    -Tak. Kiedy będę mógł ją odebrać?

   -Za kilka dni. Teraz jeśli  pan pozwoli, zmierzę pana. Dokąd ma sięgać laska?

    Lucjusz wyprostował rękę. Sprzedawca wziął się do roboty.
 
Francja, obrzeża Paryża

    Narcyzie odjęło dech w piersiach. Patrzyła prosto na drzewo, rosnące pośrodku pola. Miejsce wydawało się być idealne.

    Dziewczyna usiadła w cieniu. Westchnęła z zachwytu.

   -Podoba ci się?

    -Bardzo. To jest, moim zdaniem najładniejsze miejsce w Paryżu.

      -Też tak uważam. Jesteś najmilszą osobą jaką poznałem. Będziesz do mnie pisała?

   -Ależ oczywiście. Patrz jaki ładny ptak!

    Oboje spojrzeli w kierunku wskazanym przez blondynkę. Mały czarny ptak usiadł na gałęzi drzewa. Zanucił cicho swoją melodyjkę.

    Siedzieli tak pod dębem i oglądali zachód słońca. Później Aleksy odwiózł i odprowadził dziewczynę do hotelu.
 

3 dni później, Londyn, jakaś wioska

     Lucjusz stał przy pierwszym domie. Żałował, że jest sam, Evan miał jakieś doświadczenie w podpalaniu wiosek. Raz już był na takiej misji, a Malfoy nie dość, że był sam to jeszcze nie za bardzo wiedział od czego zacząć.

     Wyjął magiczny patyk i szukał w głowie odpowiedniego zaklęcia. Chciał zrobić to szybko. Rzucił odpowiednie zaklęcie. Ogień przybrał formę smoka, chłonął wszystko co było na jego drodze. Wszystko stanęło w ogniu.

    Z domów wybiegali ludzie. Wszyscy krzyczeli. Kobiety wynosiły na rękach małe dzieci, te większe łapały matki za ręce i płakały. Mężczyźni próbowali ugasić ogień, na próżno.

    Blondyn przyglądał się temu z kamienną twarzą. Był wdzięczny Czarnemu Panu za maskę. Gdyby nie ona nie miałby tyle siły i odwagi, aby w takiej chwili stać bezczynnie. Pilnował wzrokiem płomieni, które pożerały domy, ludzi, w ogóle wszystko. Malfoy przypomniał sobie o czymś, wysunął  różdżkę i szepnął:

    -Morsmorte.

    Z magicznego patyka wystrzelił zielony płomień, który poszybował w ciemne niebo. Zaraz potem było widać zieloną czaszkę, która otworzyła jamę ustną z niej wypełzał wąż. Wokół tego była mgła koloru czaski.

     Ten znak na niebie jeszcze bardziej zaniepokoił ludzi. Większość z nich zmierzała do wyjścia. Lucjusz zdawał sobie z tego sprawę. Przywołał ognistego smoka, ten posłusznie wykonał polecenie. Okrążył wioskę, blokując do niej dostęp. Teraz dla ludzi nie było ratunku.

     Chłopak stał i słuchał krzyków i jęków, palonych żywcem osób. Miał gęsia skórkę na rękach. Lekko kołysał się do przodu i do tyłu. Nie chciał tego, ale łzy i tak spływały mu po twarzy.

     Zastanawiał się czy tak będzie wyglądało jego życie.
Grimmauld Place 12




    -Wreszcie w domu-piszczał skrzat-jak Stworek tęsknił!

   -Stworku.

    -Tak, panie Black?

    -Zrób mi kawę!

    -Stworek ledwo próg przekroczył i już słyszy, ,,zrób"!

   Rozgniewany skrzat podreptał do kuchni. Blondynka nie mogła się nie uśmiechnąć, cały Stworek! Narcyza położyła walizki na łóżku. Zastanawiała się, co będzie robiła przez resztę wakacji. Usiadła przy biurku, spostrzegła Proroka Codziennego. Wzięła go do ręki. Nie przepadała za tym pismem, jednak tytuł ją zachęcił: ,,Płonąca wioska!" Przebiegła tekst oczami, nie mogła w to uwierzyć. Ktoś podpalił prawie trzydzieści domów, wszyscy mieszkańcy spłonęli. Dziewczyna pomyślała o dzieciach uwięzionych w swoich pokojach. Co one myślały, kiedy tak paliły się żywcem? Co w tedy myślał podpalacz? Wstrząsnął nią dreszcz. Zaczęła płakać nad losem ludzi z owej wioski.

Siedziba Lorda Voldemorta

 

    Jakieś dziecko wbiegło w ogień tuż przy Lucjuszu. Ta scena powtarzała mu się w głowie, już od kilku godzin. Dolał sobie ognistej.

    Siedział w dużym salonie. Pozwolił sobie na zapalenie kilku świeczek. Czekał na Czarnego Pana.

     Nie do końca wiedział, czy wolno mu pić, ale czuł, że bez tego nie wytrzyma. To nie była robota dla niego, wolał milczącego staruszka, gotowego na śmierć, niż niczego nie spodziewających się mugoli oraz mugolaków, którzy zrezygnowali ze świata czarodziei. Dotyk czas wierzył, że mugoli trzeba tępić. Nienawidził szlam, więc nie powinien ich żałować. A jednak żałował i to bardzo.

    Drzwi otworzyły się z hukiem. Obok blondyna usiadł bladoskóry mężczyzna. Malfoy opowiedział mu o przebiegu misji, nie wspomniał o swoich uczuciach.

     -Dobrze, Lucjuszu. Studiujesz już książkę, którą ci dałem?

    -Tak panie, jednak mam pewne wątpliwości. Aby się przemieszczać w opisany sposób na stronie sto dziewięćdziesiątej, trzeba mieć znak, a ja go nie mama, więc nie wiem...

    -Wszystko w swoim czasie. Jeśli pod koniec tego lata wszystkie misje będziesz wykonywał dobrze to dostaniesz znak. Na razie ucz się. Będę dawał ci misję raz w tygodniu.

   Po tych słowach wyszedł, zostawiając zrozpaczonego blondyna.

 

 

__________________________________________________________________

*imię pani Malfoy nie jest znane. Zostało wymyślone przeze mnie.



             Ten rozdział powstał dzięki Narcyzie Malfoy, Narcyzo dziękuję Ci za pomoc w opisie kota i odczuć Cyzi. Pomogłaś mi bardzo, mam nadzieję, że Cię nie zawiodłem.